Bezpłatnie publikujemy prezentacje firm, produktów, ogłoszenia, oferty kupna i sprzedaży maszyn i urządzeń jubilerskich.
Sylwetki mistrzów

Sylwetki polskich mistrzów: Andrzej Bandkowski - projektant i wykonawca unikatowej biżuterii

przeczytano 228

Największym darem  jest robić to, co się lubi. Nielubiana praca, to pętla na szyi, "więzienie", ciągłe zmęczenie i nieszczęście. Aby tego uniknąć i być człowiekiem spełnionym i szczęśliwym trzeba trochę wysiłku, trzeba czasami coś innego poświęcić, poszukać w sobie pasji, uczyć się i unikać  wszystkiego co w tym przeszkadza.

Urodził się w Toruniu. Był  listopad 1942 roku – środek II wojny światowej.  Matka po Jego urodzeniu zachorowała na gruźlicę. Była twarda i nigdy się nie poddawała. Po kilkunastu latach wyszła z choroby  i dożyła prawie setki – zabrakło trzy miesiące. Ojciec był muzykiem. Czy odziedziczył  jakieś cechy rodziców? Po matce być może trochę uporu w dążeniu do celu, po ojcu trochę artystycznego luzu, którego On miał za dużo.

Historia edukacji Andrzeja Bandkowskiego, to przykład długich poszukiwań swego miejsca na ziemi. Po ukończeniu szkoły podstawowej marzenia o podróżach zaprowadziły Go do Technikum Budowy Okrętów,  zwanym Conradinum, w Gdańsku Wrzeszczu. Niestety, jednocześnie  działająca burza hormonów,  wyczerpujące treningi biegowe – chciał być długodystansowcem - kiepskie żarcie w internacie i tamże tanie wino-  jak wspomina - nie sprzyjało nauce. Padł na naukach ścisłych – okazało się wtedy i później także, że nie miał talentu do matematyki, fizyki i chemii. Wrócił  do mamy do Torunia.  Z trudnościami udało Mu się zaczepić w Technikum Samochodowym tylko dlatego, że dyrektor szkoły, który Go przyjmował był byłym marynarzem – głównym mechanikiem na statkach  i tego dnia, kiedy wszedł do Jego gabinetu, miał na sobie oficerską marynarkę mundurową z zwykłymi guzikami bez kotwic – dokładnie taką samą miał na sobie - i On to zauważył. W innych technikach w Toruniu dyrektorzy  gonili Go natychmiast, kiedy zobaczyli szczeniaka z dość długimi włosami i liszajami na gębie, jak mówi.  Musiał powtarzać drugą klasę , ale wkrótce się okazało, że poziom w Jego poprzedniej szkole był jednak bardzo wysoki, co pozwoliło Mu przejść spokojnie aż  matury.

Po maturze znowu ciągnęło Go w świat. Jeżdżąc w wakacje po Polsce autostopem zwiedzał wiele miast. Wrocław spodobał Mu się bardzo i właśnie do Wrocławia pojechał autostopem, z garniturem w kartonie, na egzamin wstępny na Politechnikę . Egzamin zdał i został przyjęty. Zamieszkał w akademiku T4 na Placu Grunwaldzkim. Szczęście jednakże trwało krótko – bardzo szybko okazało się, że na wykładach z matematyki, fizyki i chemii,  wykładowcy mówią jakimś nieznanym Mu dialektem. Tragedia pogłębiała się na ćwiczeniach, a egzaminy -  to już była klęska zupełna. W lutym  i na początku marca przeszedł dwie ropne anginy, miał 40 gorączki,  po czym w kwietniu się poddał. W maju wrócił do Torunia i wylądował w szpitalu z ostrym zapaleniem stawów skokowych. Po miesięcznym leczeniu nie miał siły wejść na I. piętro. We wrześniu pojechał do sanatorium. Borowiny w Solcu k/Buska Zdroju zrobiły na szczęście swoje. Do dzisiaj nie ma żadnych dolegliwości reumatycznych.

Wrócił  do Torunia i zaczął pracować jako kierownik administracyjny w technikum, które ukończył. Szybko doszedł  do wniosku, że nie ma ochoty reszty życia spędzić na pilnowaniu sprzątaczek i kierowców. Zebrał wszystkie zaświadczenia lekarskie, pojechał  do Wrocławia i załatwił urlop dziekański. W lutym wrócił na Politechnikę z nadzieją, że da radę ukonczyć studia. W czerwcu, mimo starań  - znowu klęska. Załatwił drugi urlop dziekański i szukał pracy. Nie mógł  nic znaleźć i wtedy  nie wiadomo dlaczego zaczął coś dłubać z metali kolorowych. Miał  piłę ślusarską, małe imadło, kilka pilników, papier ścierny, drut miedziany, kawałek blachy mosiężnej i jelenie rogi. Z tego powstały pierwsze kolczyki, bransoletki i dziwne lampki. Było  to toporne,  prymitywnie wykończone, ale pasujące do ówcześnie panującej metaloplastyki. Udawało się to oddawać w komis we wrocławskiej DESIE  i nawet sprzedawać.

W listopadzie 1964 roku  kolejny raz wrócił do Torunia – kroiła się pewna praca.  Niestety znowu niewypał – został na garnuszku u mamy. Przed  Świętami Bożego Narodzenia  spotkał kolegę Marka Mierzejewskiego, który od pół roku był studentem III. roku Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Wcześniej przez dwa lata studiował na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu w Toruniu. Spotkanie trwało dość długo przy spożyciu płynów integracyjnych, jak twierdzi z uśmiechem. Rozmowy skończyły się  przekonaniem o tym, że powinien spróbować zostać studentem PWSSP we Wrocławiu. Marek obiecał porozmawiać z rektorem i dziekanem  o możliwości studiowania jako wolny słuchacz. Andrzej Bandkowski wkrótce po Nowym Roku dostał list od Marka, informujący Go, że ma umówione spotkanie z rektorem i dziekanem po przerwie semestralnej,  w lutym. Tydzień przed tym terminem znowu wrócił do Wrocławia. Przywiózł ze sobą szkice i rysunki, które zrobił przez  ostatni miesiąc. Wszystkie te prace Marek wpakował do pieca. Było trochę cieplej,  ale nie miał co pokazać na umówionym spotkaniu. Codziennie rano  szedł z blokiem rysunkowym, tuszem, piórkami, patykami, pędzlami i węglem  rysunkowym  na Ostrów Tumski.  Luty, mróz, padający śnieg. Codziennie Marek oglądał Jego dzieła – większość lądowała w piecu. Po tygodniu miał kilka szkiców, które nadawały  się do pokazania. Poszedł  na spotkanie z duszą na ramieniu .

Rektor Pękalski i Dziekan Wincze zadawali Mu mnóstwo pytań – rysunki ich specjalnie nie interesowały.  Na końcu rozmowy dowiedział  się, że powinien zgłosić się do sekretariatu. Tam pani Menclowa  „rządząca” całą szkołą dała  Mu kartkę do adiunkta Mieczysława Hoffmana prowadzącego zajęcia z rysunku i malarstwa na I. roku. Został  wolnym słuchaczem i był jednoczesnie szczęśliwy i przerażony - wszystko było nowe i inne niż dotychczas. Spotkał zupełnie innych ludzi, inaczej mówiących, inaczej zachowujących się. Na szczęście takich jak On wolnych słuchaczy było kilkoro.

W czerwcu 1965 roku zdał  egzamin wstępny  i został studentem PWSSP we Wrocławiu. Jego przypadek był dość rzadki – zdał egzamin w pierwszym podejściu. Większość  zdawała za drugim i trzecim podejściem. Po kilku miesiącach był pewien, że to jest Jego miejsce.  Po drugim roku  dostał stypendium naukowe. Na specjalizację wybrał Architekturę Wnętrz i Projektowanie Wnętrz i Sprzętu. Po trzecim roku został asystentem wolontariuszem w pracowni  adiunkta Kaweckiego. W pracowni tej studenci poznawali możliwości różnych materiałów. 

Jego zainteresowanie  biżuterią i projektowaniem przedmiotów z metalu było coraz wyraźniejsze. Coraz bardziej ciągnęło Go do projektowania przedmiotów, które sam mógł realizować w materiale. Taką dyscypliną jest biżuteria i małe formy rzeźbiarskie -  wnętrza i meble wykonywane są przez wielu fachowców z różnych dziedzin rzemiosła.  W tamtych czasach samo zainteresowanie to zbyt mało – trzeba  było nauczyć się warsztatu, a to nie było takie proste. Przyjęcie do terminu w zakładzie złotniczym kosztowało majątek. Najłatwiej oczywiście mieli ci, których rodzice czy bliscy krewni byli złotnikami. Większość Jego kolegów było samoukami i wymieniającymi doświadczenia. 

Podstawą Jego edukacji złotniczej - jubilerskiej była miesięczna praktyka w Spółdzielni  ORNO w Warszawie. Po III roku studiów uprosił  Rektora, żeby mógł  praktykę wakacyjną zamiast w fabryce mebli odbyć w ORNO.  W sierpniu 1968 roku znalazł się w jednym  z  małych zakładów ORNO w Warszawie na ul. Nowogrodzkiej. Siedział miedzy dwoma mistrzami przy dużym stole złotniczym. Panowie ci nie mogli poświęcać Mu zbyt wiele swojego  czasu, ponieważ wykonywali swoją pracę, ale mógł pytać i podglądać. Nauczył się tam bardzo dużo i wykonał  pierwsze w życiu przedmioty ze srebra. Kilka ma do dzisiaj.

 

                        

 Znak firmowy –projekt  na I roku  PWSSP                                        Pierścionek  Ag 800 ORNO 1968

 

Dalej były studia i praca jako asystent, dorabiał także wykonując różne rysunki techniczne i przedmioty repusowane z blachy miedzianej. Dyplom z wyróżnieniem  otrzymał w kwietniu 1971 roku. Nie został w szkole po dyplomie jako pracownik naukowy na skutek nieporozumień i braku etatu. Przez kilka lat wykonywał różne prace z metalu, jak tablice repusowane w miedzi, medale, patery, wywieszki sklepowe,  godła i herby miast, projektował także tzw. ciężki metal, czyli stalowe balustrady, żyrandole, kinkiety, kraty, świeczniki, lampy. Jednocześnie  projektował biżuterię i organizował swój warsztat.

W latach 1971-73 był zatrudniony na stanowisku kierownika nadzoru artystycznego w Spółdzielni  AGAT,  później  we filii warszawskiego WARMETU  w Kłodzku. Zakład specjalizował się w szlifowaniu kamieni ozdobnych i zaczynał także produkować  biżuterię. W roku 1977 skończył  definitywnie współpracę z Przedsiębiorstwem  Państwowym Pracownie Sztuk Plastycznych, które pośredniczyło  między artystami i inwestorami.  Miał dosyć tego socjalistycznego  wynalazku, w którym starsi, zwykle partyjni koledzy zasiadali w komisjach rozdzielających  po uważaniu zlecenia i później oceniający projekty i wykonane prace. Normą było wykańczanie zdolniejszych lub niepokornych kolegów.  Zabrał się na poważnie za biżuterię, której wartość artystyczną oceniali wyłącznie  nabywcy  w galeriach  i  jurorzy  w konkursach.
 

           

Srebro 800  Muzeum Miedzi  Legnica  1976 r.                          Ag 925 Muzeum w Gliwicach  1979 r.

 

Już po roku miał gotową całkiem sporą kolekcję. Pierwsza Jego indywidualna wystawa miała wernisaż w małej Galerii Spojrzenia  Towarzystwa Miłośników Wrocławia w kamieniczce Małgosia. Przyszły tłumy oglądających – była to pierwsza we Wrocławiu wystawa biżuterii artystycznej. Wystawa ta pokazana była jeszcze w BWA w Kielcach i w BWA w Legnicy.

Rok później w 1979  po Polsce z niewielkim plecakiem jeździł Marek Nowaczyk, historyk sztuki – pracownik  Desy w Legnicy i odwiedzał artystów zajmujących się wytwarzaniem biżuterii. Przekonywał i wyciągał od nich obiekty nadające się na wystawę I.Ogólnopolski Przegląd Form Złotniczych  Srebro‘ 79.  Przedsięwzięcie udało się i był to początek historii trwającej do dzisiaj. Nawiasem mówiąc, to Jego wystawa i wystawa rodziny PIRO, która również odbyła się w 78. roku w Legnicy zainspirowała Marka Nowaczyka.  Wahał się, czy robić wystawy szkła, czy biżuterii. Wystawy szkła w  plecaku nie przywiózłby.  I w ten sposób świętowano 15-lecie , 20-lecie, 30-lecie, 35-lecie imprez w Legnicy. A za rok 40-lecie Legnickich Festiwali Srebra, najdłużej trwającej cyklicznej  imprezy na świecie. Trudno ocenić i docenić jaką wartość miały spotkania z kolegami  na wystawach w Legnicy, wspólne analizowanie prac pokazywanych na wystawach, wymiana doświadczeń, informacji – kontakt z ludźmi mającymi tą samą pasję co On. Bezcenne.

 

      

 Srebro  miedź  1980  Muzeum Miedzi                             Srebro, obsydian, perła, 1980
   

 W roku 1980  przyjechał do Polski Fritz Falk, dyrektor Muzeum Biżuterii w Pforzheim i wybrał prace polskich artystów na wystawę pt: Współczesna Biżuteria z Polski, która  była prezentowana w ww. Muzeum i później w Niemieckim Domu Złotnika  w Hanau  i Galerii Baze w Paryżu. Był na otwarciu wystawy w Pforzheim i był dumny. Nie było powodu, żeby mieć jakiekolwiek kompleksy w konfrontacji ze sztuką złotniczą  innych artystów z całego świata. Po raz kolejny przekonał się o tym, kiedy wysłał prace na konkurs International Jewellery Art.  Exhibitions 1983 w Tokyo. Na wystawę główną zakwalifikowało się siedmiu Polaków,  przy pięciu artystach z USA, sześciu z  RFN,  po jednym z DDR, Holandii, Francji  czy Szwecji. Nie licząc oczywiście Japończyków. Potem było wiele wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju i zagranicą: Moskwa, Linz, Sztokholm, Lubeka, Lipsk , Monachium, Budapeszt, Rzym, Nowy Jork, Praga, Bratysława, Florencja, Wuppertal.


      

Broszka  srebro 1982 r.                                                      Broszka srebro miedź cyrkonie      1982 r.

 

Czasami pyta Go ktoś skąd czerpie inspiracje, pomysły. Pierwsza odpowiedź brzmi: z niczego, czyli z głowy. Tak naprawdę, to fascynacja jakimś kierunkiem w sztuce, np. secesją, minimalizmem, modernizmem lub zabawą bryłami geometrycznymi, formami organicznymi. Czasami po prostu zabawa formami, ćwiczenia z kompozycji  płaskiej i przestrzennej, czasami próby przekazania prostymi środkami bardziej skomplikowanej idei czy emocji.

Warto tutaj przytoczyć fragment wstępu do katalogu Jego wystawy retrospektywnej  z roku 2000 napisanego przez prof. Irenę Huml,  pt.: Antynomie w biżuterii Andrzeja Bandkowskiego:
"Niełatwo jednak scharakteryzować przyjętą przez artystę postawę otwartą na różne koncepcje. Wypowiadał się on bowiem w swojej twórczości niejednokrotnie bardzo odmiennie. Można by zaryzykować opinię, że kreacje jego zmierzają do prawdziwych antynomii. Z jednakową swobodą sięga bowiem po kształty przestrzenne, jak i rozwiązania płaszczyznowe, po formy miękkie, jak i ostre, wreszcie stosuje kompozycje zarówno bardzo oszczędne,  niemal ascetyczne lub bogate, o rozbudowanej strukturze. Równie często posługuje się przy tym niespokojną asymetrią co spokojnymi układami budowanymi na zasadzie symetrii. Wprowadza także różne faktury srebra, lśniące, polerowane, kiedy indziej matowane, powierzchnie różnicuje poprzez gładź, ażury lub roz rzeźbienia.  O owych antynomiach świadczyć mogą również ukierunkowane na emocje lub intelekt źródła inspiracji. Bywa nim czasem natura, w oparciu o którą powstały liryczne w nastroju obiekty w stylu floralnym. Drugim istotnym impulsem stała się geometria ze swą intelektualną racjonalną wizją świata, zamykająca formy biżuterii w kwadraty, trójkąty, koła i  im pokrewne figury". 

Trzeba w tym miejscu wymienić opinie osób oglądających biżuterię Andrzeja Bandkowskiego, którzy twierdzą, że mimo tych antynomii rozpoznawalny jest  styl i charakter  -   widać „rękę” autora  i druga charakterystyczna cecha, o której słyszy bardzo często - Jego biżuteria „nie starzeje się” - wiele obiektów, które powstały 30 , 20  lat temu  wyglądają jakby powstały wczoraj. I z tego jest najbardziej dumny – świadczy to o tym, że te prace nie powstawały pod wpływem panującej mody na błyskotki ale głównie z potrzeby przekazania Jego własnej wizji świata, Jego przemyśleń i emocji.

 

        

Broszka srebro 925      1985 r.                                                   Broszka  srebro 925    1985 r.

 

Należy jeszcze wspomnieć o tym, w jaki sposób ludzie tacy jak Andrzej Bandkowski zarabiali na życie przed rokiem 1989 i po transformacji. Nie wszyscy wiedzą lub pamiętają, że za komuny artyści wykonujący biżuterię srebrną (złota w ogóle nie można było kupić; jubilerzy  przyłapani na posiadaniu złota nie pozostawionego do przerobu przez klientów mieli poważne kłopoty, z więzieniem włącznie) mogli kupić  srebro „przydziałowe” na własną twórczość w ilości 250 g na rok. Ta ilość pozwalała wykonać w ciągu miesiąca kilka przedmiotów na wystawy lub na sprzedaż. Ratunkiem była możliwość przedstawiania swoich wyrobów w Cepelii, spółdzielniach Art czy Plastyka, które dawały srebro na wykonanie zatwierdzonych i zamówionych przez wewnętrzne komisje wzorów. Zaletą takich zamówień było to, że w rozliczaniu pobranego srebra do wagi wykonanych wyrobów doliczano 10% tzw. ubytków. Ubytki oczywiście były, ale przy oszczędnej gospodarce sporo srebra zostawało na własne potrzeby. Miał szczęście – tylko raz miał nalot milicji, a zresztą nigdy nie kupował „lewego” srebra czy kamieni. Wszystkie wyroby szybko znajdowały nabywców.

Po zmianie ustroju sytuacja się bardzo szybko zmieniła. Wolny rynek spowodował szybki wzrost konkurencji – powstawały firmy produkujące tanią biżuterię,  wzrósł gwałtownie import biżuterii z Włoch i ze Wschodu, błyskawicznie powstawały prywatne sklepy i galerie handlujące biżuterią. Trzeba było szybko dostosować się do nowych warunków.  Głównym sposobem było przestawienie się z wykonywania pojedynczych unikatowych przedmiotów  na wykonywanie unikatowych, ale w krótkich seriach i  tańszych wyrobów.  Wiązało się to z zatrudnieniem pracowników, często  nauczeniem ich szybko zawodu i wykazaniem się także zdolnościami prowadzenia biznesu. Wielu Jego kolegów poradziło sobie z tym doskonale, kilku miało efektowne katastrofy. Artysta wspomina, że nie wykazał się wielkim talentem jako biznesmen, nie jest milionerem, ale przetrwał bez głodowania. Zatrudniał trzech, dwóch, potem jednego pracownika.

 

      

                                                                                                 Naszyjnik  srebro 925     1983 r.                                Naszyjnik  srebro 925     1990 r.

 

Kilka lat z rzędu wystawiał swoją biżuteryjną produkcję na Targach Amberif  w Gdańsku. Na początku była euforia – nie było czasu na wypicie kawy, klienci czekali w kolejce na wypisanie faktury. Szaleństwo powoli mijało, aż do czasów kiedy przez cztery dni targów zaglądało dwóch oglądających, żeby powspominać lepsze czasy. Od kilku lat nie bierze udziału w targach  - nie ma z czym jechać,  nie produkuje biżuterii,  ale z relacji wie, że na targach jest dużo lepiej.

 

     

     Bransoletka  srebro, heban   1986 r.                             Broszka srebro , heban     1987 r.

 

W roku 2004 zaszły w życiu Andrzeja Bandkowskiego poważne zmiany. Urządzał nową pracownię, w której także zamieszkiwał. Skończył z jeżdżeniem po Polsce z biżuterią jako własny akwizytor, zwolnił ostatniego pracownika. Dostał propozycję pracy  w Szkole Wyższej Rzemiosł Artystycznych i Zarządzania  jako wykładowca i prowadzący zajęcia praktyczne  na jubilerstwie. Zajęcia odbywały się w Jego pracowni –  szkoła nie miała własnej. Pracował tam przez kilka lat – zajęcia te dawały  Mu dużo radości. Miał kilku zdolnych studentów, którzy  dzisiaj są już w czołówce polskich projektantów biżuterii. W tym czasie wykonywał także sporo różnych zamówień takich, jak insygnia rektorskie dla różnych uczelni,  upominki i nagrody dla firm, przedmioty sakralne, np. złote  korony do obrazów NMB poświęcanych przez Papieży JPII i Franciszka. Oczywiście brał  także udział w wystawach biżuterii w kraju i zagranicą.

 

     

                                                                                                       Insygnia rektorskie ATH Bielsko Biała  2001                                 Ewangeliarz   2000 r.

 

     

                                                                                                 Laski pedlowskie   Cosinus  Łódź    2005                       Laska - Centrum Onkologii Gliwice

 

Po roku 2010, gdy skończył pracę w ww. szkole, zaczął prowadzić kursy projektowania, wytwarzania biżuterii i małych form rzeźbiarskich. Było wtedy dużo ludzi chętnych do nauki – podczas gdy jedna grupa cztero - pięcioosobowa  kończyła kurs, następna zaczynała. Dzisiaj trudno zebrać chociaż  trzyosobową grupę – większość to kursy indywidualne, intensywne. Osobiście woli zajęcia w  grupie - jest ciekawiej i z korzyścią dla uczestników polegającą na tym, że każdy uczestnik realizując swoje projekty  rozwiązuje z Nim problemy  formalne i techniczne. Reszta uczestników słyszy uwagi i rady – tym sposobem zwielokrotnia się ilość informacji, które docierają do wszystkich.


     

                                                                                                          Wizytownik  KGHM Huta Legnica   2004 r.                                    Papierośnica    2017

 

     

                                                                                                Naszyjnik srebro , plexi    2015 r.                                   Bransoletka  stal , złoto     2016 r.

 

Nawiązując do tematu poruszonego wcześniej, tzn. targów, produkcji i konkurencji - uczestnikom kursów stara się mówić prawdę o tym, że jest to trudny zawód, wymagający umiejętności i inwestycji. Uświadamia, że ciężko będzie wygrać w pojedynkę z konkurencją produkującą tanią biżuterię metodami przemysłowymi. Namawia na szukanie swojego miejsca raczej w biżuterii artystycznej, unikatowej przez dopracowanie własnego charakteru i znalezienie luki rynkowej lub przez swoją aktywność przejście z rzemiosła do stowarzyszenia twórczego. Najbardziej martwi się o ludzi, którzy zaczynają kurs i szybko okazuje się, że tak naprawdę nie wiedzą po co taki kurs zaczynają.

Program kursów opracował w ten sposób, że po kilku dniach wykładów i pokazów uczestnicy wykonują kilka prostych przedmiotów: zawieszka z własnym inicjałem lub logo, obrączka, pierścionek o klasycznej konstrukcji z kamieniem o szlifie kaboszonowym. Następne przedmioty, to już realizacja własnych pomysłów uczestników.  Najczęściej okazuje się, że uczestnicy nie mają żadnego  wyobrażenia ani marzeń co do tego co  chcieliby robić. Odpada na samym wstępie okazja do rozmowy o tym jaki rodzaj przedmiotów ich interesuje,  rzadko kiedy jest materiał do takiej rozmowy w postaci szkiców, rysunków własnych pomysłów. Bo to jest podstawowy materiał do wspólnej pracy  nad dopracowywaniem formy plastycznej, kompozycji i proporcji oraz do pierwszych uwag i rozważań o sposobach wykonywania przedmiotu, o materiałach i procesach technologicznych, które trzeba wykonać w odpowiedniej kolejności, żeby przedmiot został zrealizowany, żeby powstał. Jeżeli takiego uczestnika nie uda się nakłonić do kreatywnej pracy pozostaje odtwarzanie czyli rzemiosło. Taka praca ma już zupełnie inny charakter – polega na wytłumaczeniu, jak wykonać przedmiot pokazany na zdjęciu, rysunku lub zrealizowany w materiale. Wymagane jest tylko zrozumienie z jakich elementów składa się przedmiot, jak wykonać te elementy, jak je potem połączyć i wykończyć , jak zakuć kamień. Nie ma  jednak w takiej pracy żadnego projektowania, kreatywności i samodzielnego myślenia. 

 

     

                                                                                                         Bransoletka drewno, szkło, srebro    2016 r.                  Pierścionek Ag 925 Au 0      2017

 

Notatki, które robił przygotowując się do wykładów w szkole i zajęć na kursach, były materiałem wyjściowym do napisania książki -  podręcznika pt: BIŻUTERIA ARTYSTYCZNA KURS WYTWARZANIA,  w której wstępie wyznał:
„Odczuwałem na własnej skórze brak takiego całościowego podręcznika, który zawierałby poza materiałoznawstwem, probiernictwem, technikami złotniczymi także wiadomości o procesach technologicznych z dokładnym ich opisaniem. Bardzo pomocne byłoby przy projektowaniu także powiązanie przemyśleń o formie przedmiotu z procesami technologicznymi i uwzględnienie  możliwości, jakimi dysponuje projektant w zakresie materiałowym i warsztatowym projektowanie bowiem z materiału, do którego nie ma się dostępu i w technologii, o której nie ma się najmniejszego pojęcia z góry skazane jest na niepowodzenie. Przygotowując się do zajęć miałem okazje opracować program ćwiczeń, które pomogłyby uczestnikom w szybkim zdobywaniu doświadczeń.

Najpotrzebniejsze informacje i pokazy pozwalają szybko opanować podstawowe operacje, pozwalają na szybkie przejście do realizacji własnych pomysłów.(-) Głównym celem napisania tej książki jest pomoc takim ludziom ( zaczynającym naukę) pragnącym wykonywać piękne przedmioty z metalu. Pomoc polegająca na tym , aby nie tracili oni czasu na niepotrzebne ”odkrywanie Ameryki” przy wykonywaniu najprostszych czynności . Pomoc polegająca na przekazaniu informacji, które często uważane są za tajemnice mistrzów, gdy tymczasem są one tylko najprostszym sposobem  zrealizowania własnego pomysłu najszybciej i najlepiej.  Właśnie dlatego napisałem tę książkę".

Poznajmy również opinię Pani prof. Ireny  Huml, która we wstępie do książki Andrzeja Bandkowskiego pisze:
„Książka – podręcznik Andrzeja Bandkowskiego -  jest zapewne najbardziej wszechstronnym instruktażowo opracowaniem tego typu, wśród tych, które ukazały się w języku polskim. Pozwoli ona skorzystać wielu zainteresowanym z wiedzy i doświadczenia artysty, dla którego biżuteryjna profesja stała się życiową pasją, a kreatywność współtworzyła fenomen polskiej szkoły srebra".

Dlaczego Andrzej Bandkowski zajął się biżuterią? Do dzisiaj uważa, że złotnictwo to jedna z dyscyplin sztuki, która daje możliwość realizowania marzeń o doskonałej formie i jedna z niewielu dyscyplin, której owoce w postaci przedmiotów z twardego metalu i kamieni najpełniej żyją na tle delikatnego ludzkiego ciała.  Dyscyplina ta łączy cechy sztuki czystej i użytkowej oraz pozwala na pełne przeżywanie przygody twórczej, od koncepcji do realizacji dzieła. Można uzupełnić to tym, że panowanie nad procesem twórczym od początku do końca, podobnie jak w grafice czy malarstwie, bez uciekania się do pośredników i wykonawców daje poczucie wolności.  A wszystko zaczyna się od chęci i marzeń !

 

     

    Pierścionek Au 585, onyx , brylant   2017              Pierścionek  Ag 925 , Au 0  perła czarna 2017

 

     

Pierścień  Ag 925 , Au 595, heliodor                             Pierścionek  Au 585 , gagat, brylant  2017 r.

 

Pan Andrzej Bandkowski posiada oczywiście plany na przyszłość, choć niezbyt konkretne. Ma 75 lat. Być może zrobi jeszcze drugie mocno uzupełnione wydanie książki? Może jeszcze podejmie do realizacji jakieś ciekawe zamówienia? Na pewno będzie jeszcze brał udział w wystawach i konkursach, oczywiście nie w tylu co dawniej. Twierdzi, że nie jest już takim pracoholikiem jak dawniej. Trochę czasu zabiera Mu inna  Jego pasja - golf. Nie jestem dobrym graczem, ale kocha to robić.

Jeszcze kilka słów chce powiedzieć do młodych ludzi. Największym darem  jest robić to, co się lubi. Nielubiana praca, to pętla na szyi, "więzienie", ciągłe zmęczenie i nieszczęście. Aby tego uniknąć i być człowiekiem spełnionym i szczęśliwym trzeba trochę wysiłku, trzeba czasami coś innego poświęcić, poszukać w sobie pasji, uczyć się i unikać  wszystkiego co w tym przeszkadza.

 

Więcej informacji:

Wizytówka firmy BAS PRACOWNIA AUTORSKA ANDRZEJ BANDKOWSKI na portalu jubilerzy.info.pl

Strona internetowa BAS PRACOWNIA AUTORSKA ANDRZEJ BANDKOWSKI

Książka Andrzeja Bandkowskiego Biżuteria artystyczna - kurs wytwarzania

KURSY I SZKOLENIA

 

Admin.



 

 

Komentarze
Jeszcze nikt nie dodał komentarza. Możesz być pierwszy.
Piszesz odpowiedź na komentarz #0
Anuluj